„Szkody górnicze” i „nieremontowane kamienice” – to hasła, które dla wielu mieszkańców stały się wręcz synonimem górnego śląska. Urodzeni po 1989 roku znają je już bardziej z opowieści i widoku pękających ścian niż z osobistych doświadczeń. To przez lata były wspólne mianowniki lokalnej rzeczywistości. To przez lata były wspólne mianowniki lokalnej rzeczywistości.

Przez dekady łatwo było znaleźć wymówkę. Miasto wskazywało na kopalnie, kopalnie na miasto. Odpowiedzialność rozmywała się gdzieś pomiędzy kolejnymi ekspertyzami, decyzjami i brakiem realnych działań. W efekcie wiele budynków niszczało, a mieszkańcy przyzwyczajali się do prowizorycznych napraw i życia „na przeczekanie”.

W dzisiejszym artykule wracamy do tematu poruszonego w poprzedniej publikacji, w której potwierdziliśmy kolejne wyburzenia w starej części Karbia. To moment, który skłania do pytania: czy naprawdę musi tak wyglądać przyszłość tej dzielnicy?

Nie można zaprzeczyć, że kopalnie wypłacały odszkodowania za szkody w mieszkaniach. Problem w tym, że często były to kwoty symboliczne – wystarczające co najwyżej na farbę do odświeżenia pękającego pokoju lub malowali klatkę schodową. Taki był klimat tamtych lat. W całym regionie masowo przetaczano wagony z węglem, myśląc przede wszystkim o wydobyciu i wyniku ekonomicznym. O przestrzeni do życia – znacznie rzadziej.

Dziś chcemy spojrzeć szerzej. Zadać pytanie, jakiego rozwoju naprawdę oczekujemy – i jak mógłby wyglądać Karb, gdyby wreszcie postawić na jakość przestrzeni, estetykę i komfort mieszkańców.

%nazwa %tytuł
Tak mógłby wyglądać budynek po dawnej Szkole Podstawowej nr 20. Teren został sprzedany przez miasto około 10–15 lat temu – już w ofercie sprzedaży zawarto wpis o potrzebie wyburzenia obiektu na koszt nabywcy, zgodnie z decyzją nadzoru budowlanego.

%nazwa %tytuł
Budynek po Szkole Podstawowej nr 39 – tuż obok, ten sam właściciel. W 2022 r. można było swobodnie wejść na teren niezabezpieczonych ruin. Interweniowaliśmy w gminie – wskazano, że to teren prywatny. Później plac został zamknięty furtką wjazdową.

To tylko przykład, jak miasto pozbyło się problemu. W czasie niżu demograficznego jedną ze szkół w Karbiu połączono, a Szkołę nr 39 przeniesiono do Miechowic.

Największa katastrofa budowlana, do jakiej doszło w Karbiu, miała miejsce w lipcu 2014 roku. W rejonie ul. Pocztowej ogłoszono wówczas ewakuację budynków z powodu realnego zagrożenia zawaleniem.

Z badań naukowych i dostępnych raportów wynika, że ewakuacją objęto część ulic dzielnicy. Szacuje się, że w wyniku katastrofy podziemnej i narastających szkód górniczych nawet około 560 osób zostało przesiedlonych i przekwaterowanych — część dobrowolnie, część na mocy decyzji administracyjnych.

Zanim nadzór budowlany wydał formalne decyzje umożliwiające mieszkańcom wyniesienie swojego dobytku — mebli, łóżek czy stołów — wiele budynków już w pierwszych dniach było doraźnie zabezpieczanych drewnianą konstrukcją, aby zapobiec ich zawaleniu.

Bytom oku mediów całej polski

W tamtych miesiącach o Bytomiu było głośno nie tylko w regionie, ale w całym kraju. To nie były jeszcze czasy dominacji mediów społecznościowych taki jak FB — głównym źródłem informacji pozostawała telewizja.
Relacje na żywo oraz materiały w programach informacyjnych przygotowywały zarówno stacje regionalne, takie jak TVP Katowice czy TVS, jak i ogólnopolskie redakcje: TVP Info, Polsat oraz TVN. Kamery pojawiały się w Karbiu regularnie, pokazując pękające budynki, zabezpieczane konstrukcje i mieszkańców opuszczających swoje domy.
Część redakcji trafiała tu zapewne na sygnał od samych mieszkańców — sfrustrowanych, zaniepokojonych i szukających pomocy. Trudno się temu dziwić. Dla wielu była to jedyna forma nagłośnienia problemu, który w ich odczuciu przez lata pozostawał niedostatecznie rozwiązany.

%nazwa %tytuł
Zarówno widoczna na zdjęciu, podparta od dachu piękna kamienica, jak i niewielki budynek mieszkalny – to już historia. Kto był kiedyś w środku, pamięta te krzywe podłogi. Czy ktoś w porę pomyślał o rektyfikacji?

Do Karbia przyjeżdżali nawet wicepremierzy

Latem 2011 roku, gdy w rejonie ul. Pocztowej rozpoczęła się ewakuacja mieszkańców, w dzielnicy pojawił się ówczesny wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak. Jako osoba nadzorująca sektor górniczy musiał zmierzyć się z pytaniami o odpowiedzialność spółek węglowych za szkody i dramat setek mieszkańców. Wizyta miała charakter interwencyjny i była dowodem na to, że problem Karbia przestał być lokalną sprawą jednej dzielnicy — stał się symbolem konsekwencji wieloletniej eksploatacji węgla w całym regionie.


Prezydent miasta i kopalnia: negocjacje co dalej

W tamtym okresie prezydentem miasta był Piotr Koj, który podczas cyklicznych konferencji prasowych — wspólnie z przedstawicielami kopalni Bobrek — zapewniał o ścisłej współpracy i szybkim udzieleniu pomocy osobom ewakuowanym. Deklarowano wsparcie w organizacji tymczasowych miejsc pobytu oraz działania zmierzające do ustabilizowania sytuacji.

W kolejnych latach prezydent oficjalnie sprzeciwiał się wydaniu następnej koncesji na wydobycie węgla na terenie miasta. Publicznie podkreślał, że priorytetem jest bezpieczeństwo mieszkańców i przyszłość Bytomia. Przynajmniej w warstwie deklaratywnej — walczył o miasto.

Oprócz tego sytuacja była znacznie bardziej złożona. Można było wyróżnić co najmniej trzy grupy mieszkańców dotkniętych skutkami katastrofy:
Właściciele lokali posiadający akty notarialne, często po generalnych remontach i wieloletnich inwestycjach w swoje mieszkania.
Najemcy lokali komunalnych, czyli osoby wynajmujące mieszkania od gminy na podstawie umów (sporo zadłużonych).
Osoby przebywające w lokalach bez uregulowanego tytułu prawnego, zajmujące mieszkania bez formalnej umowy.

W przypadku pierwszej grupy sytuacja wydawała się relatywnie najprostsza pod względem formalnym. Właściciele lokali mogli liczyć na odszkodowania wypłacane przez kopalnię lub — w niektórych przypadkach — na propozycję mieszkań o zbliżonym standardzie.
Podobnie wyglądała sytuacja najemców lokali komunalnych, których w tej części dzielnicy było najwięcej. Miasto zapewniało im lokale zastępcze, choć często wiązało się to ze zmianą otoczenia i koniecznością rozpoczęcia życia w nowym miejscu.
Najbardziej skomplikowana była sytuacja osób przebywających w lokalach bez uregulowanego tytułu prawnego. Część z nich otrzymała mieszkania o najniższym standardzie, inni znaleźli schronienie u rodziny lub znajomych. Dla wielu oznaczało to nie tylko zmianę adresu, ale także niepewność co do dalszej przyszłości.

Winny także Wyższy Urząd Górniczy

Ponieważ nauka górnicza w powojennym wydaniu stała na wysokim poziomie, o tym wszystkim od dawna wiedziano. Dlaczego nie korzystano z tej wiedzy? Jednym z kluczowych administracyjnych elementów zapewniających bezpieczeństwo pracy w górnictwie, a także jego skutków na powierzchni jest Wyższy Urząd Górniczy w Katowicach (WUG) i jego oddziały okręgowe, które wydawały zgodę na tak krytyczną eksploatację w rejonie Bytomia. Oskarżanie tego urzędu byłoby czymś łatwym, wszak bezpośrednio to on wydawał pozwolenia.
Tu na usprawiedliwienie WUG trzeba zauważyć, że jest to urząd podległy ministerstwu górnictwa, niezależnie od tego jaką aktualnie posiada on nazwę. To odpowiedni minister nakazuje wydawanie tego typu pozwoleń, oczywiście nie na piśmie, ale skutecznie wywierając personalną presję, bo on odpowiada za wydobycie węgla po jak najniższej cenie. Zależność ta istnieje po dzień dzisiejszy, więc nie można się spodziewać jakichś radykalnych kroków w naprawie tej sytuacji, choć nie należy tracić nadziei.

źródło: https://biznesalert.pl

Z ustaleń Najwyższej Izby Kontroli wynika, że kopalnia sporządziła plan ruchu na lata 2009–2011 niezgodnie z warunkami koncesji z 1999 r.

W planie dla terenów zabudowanych (Karb i Miechowice) dopuszczono wpływy eksploatacji II i III kategorii, choć koncesja pozwalała jedynie na II kategorię.
Dodatkowo w opracowanym dodatku do projektu zagospodarowania złoża kopalnia powołała się na decyzję z 1964 r., dopuszczającą III kategorię wpływów, mimo że obowiązująca koncesja takich warunków nie przewidywała.

Przed opracowaniem planu ruchu na lata 2009–2011 kopalnia przeprowadziła inwentaryzację budynków i oceniła ich odporność na planowane wpływy eksploatacji. Zidentyfikowano 83 obiekty o zbyt niskiej odporności oraz 94 budynki nadmiernie wychylone od pionu.
Mimo tych ustaleń kopalnia odstąpiła od ich zabezpieczenia, ograniczając się jedynie do prowadzenia obserwacji wizualnych w celu wykrycia ewentualnych stanów awaryjnych.


Katastrofa w 2011 r. była momentem przełomowym. Pokazała skalę problemu, który narastał latami — decyzje, prognozy, kategorie wpływów i zapisy w dokumentach przestały być teorią, a stały się rzeczywistością dla konkretnych rodzin. Dziś to już nie tylko historia jednej tragedii, ale symbol szerszego procesu, który odcisnął piętno na sporej części dzielnicy.
Bo Karb to nie tylko miejsce jednej katastrofy.
Większość starego Karbia od lat powoli znika z mapy. Kamienica po kamienicy, co kilka lat — przez cały okres działalności kopalń. Czasem spektakularnie, czasem po cichu. Dlatego warto spojrzeć na te budynki, które jeszcze stoją.
W kolejnej części przyjrzymy się innym szkodom w Karbiu. Tym mniej medialnym, ale równie ważnym.

Stoją trupy na ul. Racławickiej

Brzmi brutalnie? Może. Ale niestety trafnie oddaje stan rzeczy.
Dwie kamienice przy ul. Racławickiej są dziś praktycznie pustostanami. Okna zabite płytami, odpadający tynk, postępująca degradacja.
Na szybkie wyburzenie raczej nie ma co liczyć – to dla gminy kolejne koszty, a tych przecież nie brakuje. Bardziej prawdopodobny scenariusz? Najpierw pojawią się ogrodzenia i tabliczki z napisem „Grozi zawaleniem”. A potem… cisza i lata oczekiwania. W jednym na parterze działa jeszcze sklep monopolowy. Wspólnoty mieszkaniowe szukają środków gdzie tylko mogą, podnoszą koszty, w końcu biorą kredyty na dach np. budynek przy Kołłątaja. Substancja miejsca niestety obumiera.

%nazwa %tytuł%nazwa %tytuł

Racławicka 10.

%nazwa %tytuł%nazwa %tytuł

Racławicka 6.

%nazwa %tytuł%nazwa %tytuł

Przykład na zagospodarowanie przestrzeni publicznej jako miejsc wypoczynku.

%nazwa %tytuł%nazwa %tytuł

Domy przy ul. Św. Tomasza. Pisaliśmy o ich planach wyburzenia tutaj.

Wieloletnie programy rewitalizacji
a rzeczywistość

Wieloletnie plany rzadko są realizowane dokładnie tak, jak zapisano je na papierze. Przykład? Choćby koncepcja linii tramwajowej do Miechowic. Podczas budowy III etapu obwodnicy północnej rzeczywiście zabezpieczono pas zieleni nad tunelem Alei Jana Nowaka-Jeziorańskiego pod przyszłe torowisko. Infrastrukturalnie – miejsce jest. Decyzyjnie – nie ma środków. Projektowo: był ale ze względu na ciągłe zmiany przepisów dawno nie aktualny.

Tymczasem nasze „bliskie sąsiedztwo”, stare Miechowice, po kolejnych zmianach związanych z działalnością kopalni borykają się z problemem znikających kamienic – po ostatnich „roszadach” kopalni, w jeszcze większej skali niż Karb. Być może to właśnie te realne wyzwania sprawiają, że gmina Bytom – jako udziałowiec spółki Tramwaje Śląskie S.A. – nie spieszy się z realizacją ambitnych, kosztownych projektów.

W międzyczasie pojawiają się nowe koncepcje, wdrażane dziś niemal w każdym mieście – jak kiedyś „Orliki”. Teraz modnym hasłem stały się Centra Przesiadkowe. I jasno: rozwój jest potrzebny, czasy się zmieniają, potrzeby i komunikacja też. Trudno być przeciwko nowoczesnym rozwiązaniom.

Ale wystarczy spojrzeć na krawężniki przy największym skrzyżowaniu w dzielnicy. Wystarczy spojrzeć na wiadukt (np. barierki), który wymaga realnego remontu, a nie jedynie estetycznego „liftingu” przy McDonald’s.

Kończąc tę publikację, warto postawić sobie proste pytanie:
czy nie lepiej w pierwszej kolejności zadbać o to, co już mamy — a dopiero potem realizować kolejne, ambitne wizje?

Udostępnij publikację:

[Wszystkich: 0 Przeciętnie: 0]